10.21.07
“Wyborne” głosowanie
Dzisiaj, po tygodniach kampanii uświadamiających, że polscy politycy to banda skarżypyt i samochwał, oraz tych mówiących o tym, że głosowanie do Sejmu, Senatu i Ikea jest domowym obowiązkiem, odbyło się głosowanie Wyborów 2007.
Każdy wyborca dostał dwie kartki - jedną A4 (trzeba łamać na jeden raz) i jedną A2 (na cztery, żeby się do dziury w urnie zmieściło). Na tej mniejszej trzeba było oddać trzy głosy, a na tej cztery razy większej jeden głos. Telewizja pokazała jak wypełnić ugrzeczniony model chaosu na tej kartce, bo na tej medialnej były cztery listy, a na rzeczywistej dziesięć, a w każdej 20-25 kandydatów. I gdy na to spojrzałem, zadałem sobie pytanie, Co dała ta j*bana kampania? Na poważnie się zdenerwowałem, bo widziałem w tym roku cztery-pięć spotów pojedynczych posłów, z których zresztą nic nie zapamiętałem. Z całej tej listy widziałem na oczy tylko jednego kandydata, z Polskiego Stronnictwa Ludowego. Gdybym wcześniej wiedział, ze kandyduje, to bym o nim napisał, ale teraz panuje cisza wyborcza i nie można nikogo reklamować. Bynajmniej jeszcze wczoraj w nocy ktoś wieszał na drzewach plakaty z politykami. To potwierdza, że na wsi żyje się najfajniej, bo nikt nie instaluje kamer (bo na drzewach by się nie nadało).
Nawiążę jeszcze do wczorajszego posta. Otóż muszę zamieścić sprostowanie - na sali do głosowania były tylko trzy osłonięte miejsca, a w obliczeniach pomyłkowo dodałem jedno zero i wyszło 12 000 zamiast 1 200 (dzięki dla vertoka, który mi to uświadomił).